Jestem zmęczona, mam dosyć.
Idąc na zbiórkę czuję podekscytowanie, w myślach układam sobie jak będzie wyglądała. Jak będą pełne energii robić te wszystkie rzeczy, które zaplanowałyśmy... Wracając do domu czuję tylko żal i smutek. Kolejna beznadziejna zbiórka, kolejny raz nic ciekawego nie było. Po raz kolejny zawaliłam.
Dziwię się, że przychodzą. Ale z drugiej strony, ze zbiórki na zbiórkę jest ich mniej. Martwi mnie to, bo przecież chciałabym, żeby było nas więcej. Chciałabym Ci pokazać, że jestem warta zaufania, że nie robisz błędu chcąc oddać mi drużynę. A tym czasem... Jest gorzej, coraz gorzej.
Więc.. To ze mną jest coś nie tak. Nie nadaję się, ot co. Cokolwiek, za co się nie zabiorę, rozpada się szybciej niż powiem 'osa'. Akcja Pamięci? Wątpię, by ktokolwiek trafił do grobu, którego miał szukać. Zbiórki? Jest nas coraz mniej, zastępy nie działają, a ja wmawiam sobie, że to tylko przejściowe problemy. Relacje międzyludzkie? Jakie relacje? Karolina jest obrażona, Wojtek najwyraźniej też, bo nie odzywa się, nie odbiera... A Elf? Jest sztucznie, beznadziejnie. Aneta? Nie mam z nią kontaktu.
Chciałabym, żeby wszystko było tak proste jak na początku. O wiele mniej zobowiązań, zero odpowiedzialności za drużynę. Po prostu chodzę na zbiórki, nic więcej. Chciałabym do tego wrócić, żeby było tak jak dawniej. Stary dobry Dagor, Łysa z mnóstwem pomysłów, Kikut z wszędobylskim aparatem.
Boli, wszystko mnie boli. Słowa, gesty, ciało.
Co mam robić powiedz?
Koniec zbliża się tak nieubłagalnie szybko, mam tak mało czasu, a marnuję go na jakieś pieprzone duperele. Jutro, pojutrze, za tydzień, miesiąc może mnie tu nie być. Co wtedy?
Pieprzony guz.
Pieprzony guz.